Całe swoje życie spędziłam przemierzając świat w poszukiwaniu swego celu. Włóczyłam się od watahy do watahy, nie mogąc znaleźć kogoś, lub w moim wypadku raczej czegoś, za czym bym podążała, czego bym się trzymała. Co nadawałoby sens mojemu istnieniu. A kiedy już to znalazłam, znienawidziłam to z całego serca. A raczej tego wilka.
Biegnąc w górach na północ, w stronę najwyższego szczytu gór Kather, nie patrzyłam za siebie. Nigdy tego nie robiłam. Nie zwracałam też uwagi na boki. Liczył się tylko przód i nic innego. Byle tylko nie wrąbać się w drzewo, jak powtarzała mi matka. Uśmiechnęłam się na wspomnienie o niej. Przemiła i troskliwa wadera, zupełnie niezdolna do walki. Dlatego szybko umarła.
Odgoniłam smutne myśli i skupiłam się na unikaniu przeszkód. Przez dłuższy czas nic się nie działo, ale w pewnym momencie coś przemknęło mi tuż przed oczami. Zaryłam pazurami w ziemię. Spojrzałam za basiorem, który znikał właśnie w krzakach. Już miałam odejść, ale usłyszałam cichy pomruk i głośne przekleństwo, następnie charakterystyczny trzask kości i krzyk. Rzuciłam się za nim.
Kiedy doszłam na miejsce zdarzenia było już praktycznie po wszystkim. Na ziemi leżał wilk w kałuży krwi, z ogromną dziurą na boku. Nad nim krążył niedźwiedź imponujących rozmiarów, nieźle poharatany przez wilka. Wyciągnęłam szybko moją laskę i uśpiłam zwierzę. Podbiegłam do rannego i spojrzałam, czy w ogóle jeszcze żyje. Z ulgą stwierdziłam, że jego puls jest co prawda słaby, ale jednak. Sięgnęłam pamięcią do mojej wiedzy uzdrowicielskiej i zaczęłam szeptać słowa mocy.
- Imo, tori, oi, toe. Korion ssila mee thok.
Dziura powoli zaczęła się zasklepiać. Jeżeli basior ma jakieś obrażenia wewnętrzne, to potem będę miała problem. Ale jak na razie żyje i to jest najważniejsze. Szybko zebrałam liście i zrobiłam z nich jakby nosze, po czym utrwaliłam je za pomocą kilku linek, paru patyków oraz przydatnych sztuczek. Przeniosłam truchło rannego na prowizoryczne nosze i przymontowałam je za sobą na linkę. Pociągnęłam go za sobą, jęcząc z wysiłku. Muszę przyznać, nie był najlżejszy. Wyciągnęłam go na główną ścieżkę i ruszyłam w stronę z której przyszedł. Była to wąska ścieżyna, ale równa. Im dalej tym las stawał się dzikszy.
Nagle wyszłam na polanę. Przede mną rozpościerało się wzgórze, a na nim zamek. Był taki piękny, że opadła mi szczęka. Wtedy usłyszałam za sobą pomruk i jęk bólu. Niechętnie odwróciłam się i spojrzałam na wilka. Oddychał ciężko i wyglądał na cierpiącego. Wyszeptałam kilka słów i jego pysk nieco się wygładził. Zapadł w śpiączkę, a ja mogłam spokojnie go zbadać.
Po około ośmiu godzinach skomplikowanej operacji rozerwanej wątroby, przez którą o mało nie umarł padłam obok niego wyczerpana na ziemię. Musiałam się koniecznie przespać, ale najpierw chciałam zobaczyć zamek. Wzniosłam obok śpiącego tarczę i weszłam po schodach do wejścia. Pchnęłam drewniane wrota i rozejrzałam się. Hol był duży i przestronny. Mieścił się tu ogromny, wiśniowy dywan i kilka ław. Przeszłam przez łuk naprzeciw drzwi wejściowych wprost do wysokiego, salonu. Mebli było dużo, oraz wyglądały na starannie wykonane. W lewej ścianie zauważyłam schody. Nie przyjrzałam się salonowi i ruszyłam od razu na górę. Tam także znalazłam korytarz i dwie pary drzwi. Za jednymi była łazienka, za drugimi sypialnia. Od razu rzuciłabym się na łoże z baldachimem i piękną, czerwoną pościelą, ale przypomniałam sobie o leżącym u podnóża wzgórza, prawdopodobnie panu tego domu. Już miałam po niego iść, ale gdy się odwróciłam, zobaczyłam go w drzwiach. To niedobrze, że wstał, zmartwiłam się, może dojść do komplikacji. Z napięciem czekałam na jego reakcję na gościa.
<Fave? :D>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz